Wiesław Hap
ZIEMIA JASIELSKA NASZĄ
MAŁĄ OJCZYZNĄ
Legendy o regionie.
Historię, życie codzienne, działalność i kulturę naszego społeczeństwa możemy poznawać dzięki wielu źródłom. Należą do nich źródła pisane, archeologiczne, zabytki sztuki i architektury a także tradycja ustna. Z tej ostatniej właśnie wzięły się swoiste pierwociny dorobku historycznego i literackiego takie jak legendy i podania. Wybitny znawca folkloru Julian Krzyżanowski określił podanie jako relację o zdarzeniu rzeczywistym, ale opierającym się na wierzeniach. Ujmując prościej legenda i podanie to rodzaj opowieści ludowej o postaciach bądź wydarzeniach historycznych lub częściowo wymyślonych przesyconej elementami fantazji, niezwykłości i cudowności utrwalonej w pamięci mieszkańców regionu. Zachowały się one do naszych czasów w formie przekazów ustnych bądź zapisanych. Każdy z nas pamięta, że pierwszy kontakt z historią i literaturą rodzimą miał właśnie dzięki legendom i baśniom, które opowiadali nam rodzice lub dziadkowie. Ta forma zachęty do bliższego poznania naszych dziejów, kultury i tradycji jest, sądzę, najbardziej właściwą. Zanim więc przejdziemy do przybliżania różnych aspektów dziedzictwa kulturowego naszego regionu sięgnijmy właśnie do legend. Zacznijmy od Biecza.
Z miasteczkiem tym i okolicą związana jest ściśle legenda o zbóju Beczu. Wielu uważa też, że od jego imienia pochodzi nazwa miasta. Miał on być słynnym rozbójnikiem grasującym na terenie całego Podkarpacia. W wyniku wielu grabieży w swej kryjówce na Liwoczu zebrał mnóstwo skarbów. Becz napadał, rabował i czynił wielkie szkody, nic więc dziwnego w tym, że wysłano przeciw niemu chorągiew rycerzy. Kiedy wreszcie go schwytano został osądzony i skazany na śmierć. Wyprosił jednak łaskę, obiecując, że za zebrane skarby wybuduje miasto. Tak też uczynił. Nazwał je swoim imieniem a następnie otoczył murem obronnym, wybudował kościół i zamek. Niektórzy uważają, że nazwę" Biecz" należy wywodzić od zamieszkującego lasy Beskidu Niskiego legendarnego plemienia Biesów. Innym bohaterem legendy " beskidzkiej" ziemi jasielskiej jest zbójnik Osip- Scypko. Zbójował, gdyż w ten sposób mścił się za krzywdy wyrządzone przez " dworskich" jego matce i siostrze. Zamieszkiwał on ponoć którąś z jaskiń na terenie Kornutów.
|
11. Zbój Becz ze swymi kompanami (rys. W. Hap). |
Kolejne dwie legendy wiążą się z samą Królową Jadwigą. Pierwsza z nich mówi o tym, że kiedy wizytowała ona biecki szpital, dostrzegła biednego i nie opatrzonego, chorego starca. Na pytanie, dlaczego nikt się nim nie zajął odpowiedziano, że od ropiejących strupów i ran tak cuchnie, że nikt nie może mu usłużyć. Wtedy to Królowa nakazała aby podano jej odpowiednie środki opatrunkowe i zajęła się biedakiem. Skończywszy powiedziała, że wiele można uczynić, jeśli miłuje się Boga i bliźnich. Na te słowa ów człowiek tylko uśmiechnął się i znikł. Wszyscy pojęli, że stał się cud a w postać biedaka wcielił się sam Jezus. Zebrani na czele z Królową padli na kolana i długo się modlili. Łóżko, na którym leżał ów człowiek, przechowywano ponoć przez wiele lat jako relikwię. Inna z legend bieckich także nawiązuje do częstych wizyt w tym mieście ukochanej przez wszystkich Królowej. Przechodząc pewnego razu obok miejscowego kościoła zobaczyła bardzo zatroskanego kamieniarza. Wdała się z nim w rozmowę i dowiedziała się, że ma wielkie zmartwienie. W domu zostawił ciężko chorą żonę i gromadkę dzieci a sam poszedł zarobić nieco grosza na chleb. Królowa, która rozdała ze swej sakiewki wszystkie pieniądze, postawiła stopę na kamieniu i odpięła od buta złotą klamrę, którą ofiarowała biedakowi. Ten ze zdziwienia spostrzegł, że stopa Wielkiej Pani odbiła się w kamieniu i z wdzięczności za jej dobroć obrobił go i wstawił w mur kościoła.
Ze Strzeszynem wiąże się piękna legenda o źródełku Królowej Jadwigi. Jedna z jej wersji głosi, że podczas częstych wizyt w Bieczu piła z niego wodę sama Święta Królowa, inna, że poiła jego wodą swego konia. Pewnego razu w drodze do ulubionego żródła zastała Panią Wawelską ogromna burza. Schroniła się więc pod strzechę jednej z chat, gdzie bardzo serdecznie ją przyjęto. Na pamiątkę tego wydarzenia założyła wieś i nadała jej nazwę "Strzeszyn".
Jedna z najbardziej znanych legend kołaczyckich wiąże się z napadem na te okolice Tatarów. Wówczas mieszczanie oddali im jako zakładników kilka najpiękniejszych dziewcząt. Kiedy jednak Tatarzy nie dotrzymali jakiejś umowy, tutejsi mieszczanie rzucili się na nich z " kołami" (kołkami z płotu). Skośnookich najeźdźców pobili a dziewczęta odebrali. Z tym wydarzeniem należy wiązać nazwę " Kołaczyce" Inna wersja pochodzenia nazwy miasteczka mówi o tym, że jednemu z jego mieszkańców obcięto z jednej strony wąsy i żeby ten ubytek wyrównać, doradzono mu, by brakującą część dokupił. O tym, że wąsy i Kołaczyce są ze sobą nierozerwalnie związane świadczą i inne legendy. Jedna z nich opowiada o tym, jak to król Jagiełło rozkazał obciąć je miejscowym rajcom za to, że kołaczyccy szewcy nie uszyli mu na czas butów dla jego wojska. Następna jej wersja mówi, że była to kara z rozkazu starosty Zyndrama z Maszkowic, pana na Goleszu. Z tą okolicą związana jest też inna opowieść. Dotyczy ona uzdrawiającej mocy wody Liczkówki. Jak się mówi, miała ona uratować życie rannemu Tatarowi, który ucierpiał w walce z tutejszymi chłopami.
W podjasielskim Załężu znajduje się wielki dół. Najstarsi mieszkańcy powiadają, że dawniej stał w tym miejscu kościół. Stało się to rzekomo za sprawą starej Cyganki mieszkającej za wsią. Ciągle spóźniała się na nabożeństwa do tego właśnie kościoła i pewnego dnia, biegnąc doń, zaczepiła nogą o kamień i runęła na ziemię. Z wściekłości i bólu zaklęła: "Bodaj byś się zapadł!". Ludzie z przerażeniem spostrzegli, ze na te słowa świątynia zaczęła znikać zapadając się w głąb ziemi. Ze strachem ukryli się w swych chatach. Główna winowajczyni tego wydarzenia niebawem zmarła a jej dom starano się z daleka omijać.
W tej samej miejscowości i okolicznych wioskach do dzisiaj opowiada się też dzieciom opowieść o Jantosiu z " Toczka". Przed wielu latu urodził się w tejże wsi chłopiec, któremu na imię dano Antoś. Lata biegły, dorósł, ożenił się i niestety polubił gorzałkę. Bił żonę i wynosił wszystko z domu, byle móc za to pić. Kiedy w karczmie Żyd nie chciał mu jej już zborgować nieszczęśnik zaczął wzywać diabła by mu na wódkę pożyczył. Ten długo na siebie nie kazał czekać i pojawił się. Rzekł do Jantka, aby szedł za nim na tzw. " Toczek", urwisty brzeg nad Wisłoką, gdzie miał mu udzielić pożyczki. Gdy się znaleźli nad rzeczną głębią, diabeł postawił przed chłopem flaszkę wódki a sam udał się po obiecaną sumę. Chłopina, chcąc sięgnąć po butelkę, musiał podejść na sam skraj urwiska. Niestety pod jego ciężarem rozerwała się ziemia i runął w wiry wodne. Śladu po nim nie zostało. Ponoć w księżycowe, jasne noce można dostrzec w tym miejscu zieloną postać z butelką w ręku, zapraszającą do kąpieli. Ale nikt się tam już nie chce kąpać bo ci odważni, którzy się ośmielili to uczynić byli wciągani na dno przez zimną rękę utopca.
Chyba najbardziej znaną na terenie regionu jasielskiego legendą jest ta o " Diablim Kamieniu" pod Foluszem. Ma ona kilka wersji. Najogólniej jednak brzmi tak. Kiedy budowano kościół w Cieklinie, licznie żyjącym w tamtejszych lasach diabłom fakt ten bardzo psuł samopoczucie. Świadomość, że miejscowa ludność będzie miała się gdzie modlić a przez to mniej będą grzeszyć, nie była biesom w smak. Udały się więc do swego przełożonego, aby radził, co czynić. Ten nakazał najsilniejszemu z nich wziąć wielki głaz i zburzyć nim kościół. Musiał to jednak zrobić przed świtem, zanim zapieje pierwszy kur. Zabrał więc diabeł z karpackich gór ogromny kamień i już prawie dolatywał do Cieklina, gdy w jednej z chałup zapiał kogut... .W tej chwili czart utracił swą moc i upuścił kamień. Spadając, rozbił się on na kilka części a do dziś można na jednej z nich, na tzw.: Diablim Kamieniu" w lesie foluskim dostrzec ślady czarcich pazurów.
|
12. Kiedy zapiał kur, diabeł utracił swą moc i upuścił kamień. Kościół w Cieklinie ocalał... (rys. W. Hap). |
Równie interesującym podaniem o głazie znajdującym się na naszym terenie jest opowieść o " rysowanym kamieniu" z Czermnej. Jej niechlubnym bohaterem jest chłop, który w Wielki Piątek wybrał się do lasu po drewno. Gdy przybył na miejsce, zabrał się do jedzenia wielkiej pętli kiełbasy. Nagle zza krzaka wyskoczył wilk i rzucił się na niego. Zaskoczony mężczyzna złapał łańcuch, którym zaczął się bronić. Od jego uderzeń na znajdującej się skale zostały głębokie rysy. Na nic się to zdało. Wilk zagryzł chłopa a do dziś w lesie na pograniczu z Jodłową, na kamieniu dostrzec można odbite sylwetki człowieka i łap wilka oraz rysy po łańcuchu.
Ciekawą legendą jest opowieść o "dębie z mieczami" w Bieździedzy. Obok tamtejszego kościoła rośnie stary, bo liczący około sześciu wieków dąb. W jego koronę wbite są dwa miecze, jeden wyżej, drugi niżej. Skąd się wzięły? Podobno pochodzą z czasów, kiedy o miejscową piękną pannę rywalizowali dwaj rycerze. Nie chcą przelewać krwi zgodzili się na inny rodzaj walki o białogłowę. Za namową księdza zdecydowali, że ten wygra i pojmie ją za żonę, który głębiej wbije swój miecz. Tak też uczynili. Jest też inne wytłumaczenie pochodzenia owych mieczy. Niektórzy mówią, że po jednej z bitew wodzowie walczących ze sobą stron wbili je na znak pokoju. Wreszcie pojawia się opowieść, która głosi o powrocie jednego z oddziałów wojska króla Jana III Sobieskiego spod Wiednia. Zatrzymawszy się w Bieździedzy po dziękczynnej mszy świętej w tutejszym kościele na pamiątkę pobytu i jako podziękowanie Bogu za wspaniałe zwycięstwo, wbito te miecze w pień stojącego obok drzewa.
W Święcanach pod lasem można dostrzec dwie mogiły. Kto w nich spoczywa i skąd się wzięły? O tym opowiada stare podanie z tamtych stron. Pewnego dnia, sprzedawszy na jarmarku krowę, wracał do domu w Święcanach jeden z jego mieszkańców wraz z synem. Chłopiec miał pod koszulą sakiewkę z pieniędzmi. Przechodząc drogą koło lasu, zostali napadnięci przez zbójców. Ojca zabili, chłopiec uciekł do lasu. Nocą rozpoczął poszukiwanie drogi do domu. Dotarłszy do pierwszej napotkanej chaty opowiedział, co go spotkało. Gospodyni poleciła mu położyć się do snu za piecem, wraz z jej synami. Okazało się, że była to żona herszta zbójów. Kiedy ten ostatni wrócił do domu, kobieta pokazała mu, kto się u nich schował. Chłopiec na szczęście wszystko słyszał i jeszcze bardziej wbił się w kąt. Zbój więc przez przypadek zabił swego syna a chłopcu udało się zbiec. Nie była to jedyna zbrodnia herszta i jego bandy. Dla łupu zabili wielu. Wśród ofiar byli też właściciele dworu w Święcanach. Skończyli jednak strasznie. Kiedy napadli na kolejnych podróżnych, jak się okazało kowali, padli z ich rąk. Pochowano ich przy drodze pod lasem.
Pośrodku Jodłowej wznosi się wzgórze nazywane Winnicą. Związanych z nim jest kilka legend. Jedna z nich wspomina o tym, że dawno temu znajdowała się tu świątynia pogańska do której ściągali licznie mieszkańcy regionu. Inna mówi, że wznosił się tu klasztor, w którym wyrabiano dla sąsiednich kościołów wino mszalne. Stąd też ponoć wzięła się nazwa Winnica. Kolejna wersja podania informuje o istnieniu tu kiedyś starego zamku, który za przyczyną przekleństwa zapadł się pod ziemię. Pozostało po nim tylko niewielkie źródełko. Ciekawe podanie wiąże się z powstaniem kościoła w Żurowej. Kiedy Tatarzy najechali na tę ziemię, rozbili swój obóz w tamtejszym lesie. Objawiła się im tam św. Małgorzata. Przerażeni tym wydarzeniem natychmiast uciekli a ludność wybudowała w owym miejscu najpierw mały, a potem większy kościół. Jednak pewnego dnia rozszalała się wielka burza i całkowicie go zniszczyła. Podjęto decyzję o odbudowie świątyni, ale trwały spory o miejsce jego wzniesienia. Mniejszość pragnąca mieć kościół na miejscu starego nocą przewiozła drzewo na ten plac i wkrótce stanął nowy gmach.
Jedną z legend związanych z Ołpinami jest ta, mówiąca o pochodzeniu nazwy jednej z okolicznych wzgórz. Otóż nazywano je górą " Kielec". Dlaczego? Ponoć wykazywała duże podobieństwo do kła a ponadto na jej szczycie i wokół niej krążyły złe duchy i kusiły do grzechu okoliczną ludność.
Interesujące jest też wyjaśnienie, skąd wzięła się nazwa części Sieklówki Górnej tzw. " Podkościela". Wywodzi się podobno stąd, że w tym miejscu dawno, dawno temu stał stary kościół. Został on jednak obłożony klątwą za to, że popełniono w nim zbrodnię. Pewien szlachcic, arianin zabił tam księdza proboszcza. Kościół został bez kapłana a niebawem też w podejrzanych okolicznościach spłonął.
Z Brzyskami, a konkretnie z " Gródkiem", wiąże się kilka legend. Jedna z nich mówi o istnieniu tam pod ziemią złotego żłóbka, pod którym śpi wielka armia rycerzy. Co roku w dzień Bożego Narodzenia przyjeżdża tam król w pięknej zbroi, przygląda się temu miejscu i odjeżdża. Kiedyś jednak, kiedy zajdzie wielka potrzeba i największe zagrożenie, król przygalopuje na białym koniu a ten kopytem przewróci żłóbek, który obudzi wojsko. Drugie podanie mówi z kolei o wielkim kamieniu leżącym na tym terenie, u stóp góry Liwocz. Podobno pozostał po starym pustelniku, który na nim przez wiele lat modlił się i pokutował za grzechy. A że trwało to bardzo długo, to od klęczenia wyżłobiły się dwa dołki, które do dziś pozostały.
|
13. Gdy zajdzie potrzeba pojawi się na białym koniu król i obudzi śpiące wojsko... (rys. W. Hap). |
O wspomnianej wcześniej górze Liwocz opowiada parę pięknych podań. Ponoć, gdy wybudowano Biecz, na szczycie tej góry istniało już znacznie wcześniej nie mniejsze miasto. Połączono je ze sobą podziemnym tunelem, którym Królowa Jadwiga uciekała z grodu bieckiego przed Tatarami. Gdy dotarli w pościgu pod Liwocz, tak znajdujące się tu miasteczko, jak i sam tunel zawaliły się na głowy tatarskich oddziałów zapadając się pod ziemię. Inna wersja tej legendy mówi, że tymi, którzy znaleźli się w zasypanym korytarzu (tunelu) byli rycerze polscy. Zasnęli oni wielowiekowym snem.
Istnieje też kilka legend związanych z krajowickim zamkiem " Golesz". Jedna z nich mówi o ukrytych w zawalonych podziemiach ogromnych skarbach, kolejna opowiada o duchu rycerza Bogorii, będącego przez jakiś czas właścicielem zamku, wędrującym po ruinach, a jeszcze inna o karczmie, w której ponoć gościł sam król Jan Kazimierz Waza.
My przybliżymy sobie mało znane podanie o rycerzu - pustelniku Ściborze. Modlił się on i mieszkał w ubogiej lepiance zbudowanej na stoku góry Golesz. Razu pewnego nawiedził go pielgrzym, który obiecał mu dać siłę nadprzyrodzoną o mocy uzdrawiania chorych i czynienia cudów. Odchodząc, zostawił pustelnikowi książeczkę z czarodziejskim zaklęciem. Kiedy ziemie polskie napadli Tatarzy, Ścibor użył swej mocy i wyczarował liczne hufce rycerskie, które zadały wrogom sromotną klęskę. Następnie wybudował sobie potężny zamek i pojął za żonę córkę pana na Odrzykoniu. Nie na długo był jej wierny. Spodobała mu się bardzo inna córka szlachecka, którą siłą sprowadził na Golesz. Kiedy zamierzał ją poślubić, skoczyła z okna w przepaść. W tym samym czasie z rozpaczy i z żalu zmarła jego prawowita żona. O północy przed Ściborem pojawił się duch ognisty i porwał go za jego czyny w otchłanie piekieł. Ogień strawił także i zamek.
Jak wiadomo Cudowna Figura Madonny do Tarnowca dotarła przez Jasło z Węgier. Legenda głosi, że Matka Boska tak oburzyła się zachowaniem pewnego Madziara, który odważył się w świątyni, w której przebywała zapalić fajkę, że przeniosła się siłą własnej woli do bardziej pobożnej Polski. Najpierw do Jasła, a stąd do Tarnowca, który odtąd ukochała.
Jeśli już znajdujemy się na ziemi tarnowieckiej, warto przypomnieć sobie podanie o wzgórzu "Grodzisko" w Brzezówce. Na terenie tamtejszego przysiółka "Buczyna" znajduje się strome wzgórze z lasem bukowym, na którym istnieją pozostałości po ruinach jakiejś budowli. Mówiono, że są tam zakopane skarby. Stąd też nie brakowało śmiałków, którzy pragnęli je wykopać. Lecz ciągle działa się rzecz dziwna. Co w ciągu jednego dnia odkopano, następnego było już zasypane. Uważano, że w tym miejscu muszą działać jakieś siły nadludzkie. Stąd też nic dziwnego, że niektórzy mieszkańcy starali się je omijać.
W niedaleko leżącej Potakówce dawno, dawno temu na wyniosłym wzgórzu stał ponoć stary zamek. Mieszkał w nim groźny rycerz wyprawiający się często ze swą drużyną na łupieskie wyprawy, zwożąc doń wiele skarbów. Zyskał też zasłużone miano mordercy. Zwano go "Czarnym Rycerzem". Nie liczył się z nikim i niczym. Nie znał żadnej świętości. Zabijał nawet swych oddanych kompanów. Wreszcie przyszła pora i na niego. W trakcie jednej z kolejnych złodziejskich wypraw zginął z ręki swych ludzi, którzy następnie powrócili do zamku i zabrawszy wszystkie skarby odjechali w nieznane. Odtąd nikt nie odważył się zbliżyć do zamku, który z roku na rok popadał w coraz większą ruinę. W końcu zapadł się on pod ziemię a na jego miejscu wyrosły drzewa i krzewy. Czasami przy pełni księżyca "Czarny Rycerz" błąka się po okolicy i szuka swojej siedziby.
Mało znane są podania dotyczące Cudownej Figury Matki Boskiej w Lipinkach. Opowiadają one o jej przeniesieniu z Męciny Wielkiej do tej miejscowości. Jedna z nich mówi, że została ona wykradziona i przeniesiona do tutejszego kościoła przez ludność polską z chwilą przybycia do Męciny Rusinów. Inna zaś prawi, że dotarła ona do Lipinek na wezbranych powodzią falach rzeczki Lipianki i zatrzymała się na jej brzegu nieopodal stojącego tam starego kościoła. Rzekomo miało to miejsce około 1600r.
Najstarsi mieszkańcy Niegłowic i Brzyść wspominają niesamowite wydarzenie obrosłe legendą już w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy miało miejsce. Wówczas w rejonie starych dębów "Świętej Trójcy" pojawiła się grupa pijanych Kozaków na koniach. Kiedy na jednym z drzew zauważyli kapliczkę, rozpoczęli z niej szydzić i lżyć ją. W pewnym momencie jeden z nich wymierzył z karabinu i strzelił w sam środek obrazu. W tej chwili stała się rzecz niepojęta. Z obrazu pociekła krew a strzelający żołdak jak rażony gromem spadł z konia. Na ten znak kary bożej towarzyszący mu żołnierze uciekli w przerażeniu i popłochu. Jak niektórzy mówią, do dziś na obrazie kapliczki można dostrzec niewielką plamę, rzekomo tej zaschniętej krwi.
Dawno temu wieś Harklowa należała do nie znającego miłosierdzia szlachcica. Był okrutny wobec swych poddanych, zmuszał ich do morderczej pracy i morzył głodem. Jeden z chłopów podjął próbę buntu. Kiedy się nie powiodła, pan ukarał go, nakazując kopać mu studnię w skale na wzgórzu Harków. Nieszczęśnik kopał rok, drugi i trzeci. Pewnego dnia z ziemi wytrysnęła ciemna ciecz. Nazwano ją olejem skalnym. Niedługo potem w tym miejscu wybudowano kopalnię ropy naftowej, która istnieje do dziś.
Warzyce mogą się chlubić kilkoma ciekawymi legendami. Oto jedna z nich. Przed wielu laty wieś ta należała do rodziny Bachmanów. Ich syn Wawrzyniec zakochał się w jednej z córek chłopskich. Oczarowani sobą zamieszkali razem. Zosia, bo takie imię nosiła dziewczyna, była głucha na opinię sąsiadów, ba całej wioski. Zapomniała też o opiece nad swym osieroconym rodzeństwem. Panicz nie mógł z nią wziąć ślubu, gdyż wiedział, że na to nie zgodzą się, przebywający od wielu lat za granicą, jego rodzice. Ci ostatni zresztą sami wybrali synowi piękną narzeczoną. Kiedy Bachmanowie powrócili do Polski Wawrzyniec odprawił Zosię do domu i obiecał, że rozmówi się w jej sprawie z rodzicami. Oni jednak przywieźli mu tak piękną narzeczoną, że od razu zapomniał o swej dawnej oblubienicy. Niebawem doszło do ślubu młodego panicza. Tego samego dnia upokorzona Zosia utopiła się. Kiedy weselnicy jechali całym orszakiem przez warzycki las, nagle rozstąpiła się ziemia i pochłonęła wszystkich. Kara, jaka spadła na niewiernego młodzieńca, dotknęła całą rzeszę jego gości. Do dziś w tym miejscu pozostał wielki dół...
Trudno ocenić, na ile legendą, a ile prawdą jest opowiadanie ze Smarzowej, związane z rabacją chłopską, na czele której stanął pochodzący z tej wsi Jakub Szela. W trakcie pamiętnych krwawych rozruchów wyprawił się z chłopami do dworu w Siedliskach. Tam rozprawił się z całą rodziną Boguszów a samego dziedzica osobiście przebił widłami w jego pokoju. Jak mówili ludzie, krew która rozprysła po izbie, nie dała się zetrzeć. Wtedy postanowiono ją zamalować. I to nic nie dało. Czerwone plamy przebijały nadal. W końcu zastawiono je dużą szafą, ale i tak niewielu chciało przebywać w miejscu, gdzie popełniono tę zbrodnię.
Przed wielu laty, jak prawią sędziwi mieszkańcy Niegłowic i Bajdów, na dopływie Wisłoki, Dębownicy stał mały, drewniany mostek. I nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie to, że w jego sąsiedztwie zamieszkał diabeł. Dzięki jego obecności działy się więc w otoczeniu mostka nazywanego "diablim" rzeczy dziwne i okrutne. Napadali tu na przechodniów i kupców okoliczni złodzieje i bandyci. Często dochodziło na tym terenie do kradzieży i zabójstw. Rzekomo w tym miejscu toczyli zaciekłe walki konkurujący o dziewczęta kawalerowie z okolicznych wsi i Dębowca. Im więcej krwi się przy tym lało, tym bardziej czart zacierał swe łapska. Przez szereg lat było to miejsce, w które wieczorem mało kto się chciał udawać.
W Mytarzu koło Nowego Żmigrodu wznosi się wysokie wzgórze. Stoją na nim trzy wysokie krzyże, z których jeden jest wyraźnie pochylony. Wiąże się z nim kilka opowieści. Jedna z nich mówi, że dawno, dawno temu prowadziło tu wielką wojnę trzech królów. W pewnym dniu postanowiono zawrzeć rozejm i na tej górze rozpoczęli rozmowy ugodowe. Doprowadziły one do zakończenia walk. Na pamiątkę tego porozumienia i pokoju postawili więc trzy krzyże, a że jeden z władców był kulawy, krzyż stoi pochyło.
W herbie Nowego Żmigrodu znajduje się żmija. Nie bez powodu, gdyż legenda mówi, że nazwa tej starej miejscowości pochodzi właśnie od potężnego legowiska żmij, jakie drzewiej znajdowało się w miejscu, gdzie wzniesiono gród. Inna opowieść pochodząca z tamtych okolic wyjaśnia tę kwestię nieco inaczej. Otóż wywodzi nazwę miasteczka od jego właściciela, magnata Stadnickiego, który znany był ze swego okrucieństwa i czynów krzywdzących mieszczan i chłopów a nawet okoliczną szlachtę. Przez to był przez nich nazywany "żmiją" a jego zamek i miasto określano mianem "grodu żmii".
Kończąc przegląd legend i podań o regionie, nie sposób nie przypomnieć znanej klechdy o Zamczysku w Mrukowej. Jak prawiono, gród czy zamek ten należał do króla o imieniu Mruk. Jego żona zwała się Magura. Przez wiele lat prowadził on wojnę z nieznanym bliżej władcą Walika. Wyprawa na posiadłość swego sąsiada zakończyła się dla Mruka tragicznie. Nie powidła się a on sam zginął. Odtąd zamkiem rządziła Magura. Nie trwało to zresztą bardzo długo. Jednej nocy nad mrukowskim grodem przelatywał diabeł. W swych łapskach trzymał potężny głaz, który zamierzał zrzucić nad kościołem w Samoklęskach. W momencie, gdy znalazł się bezpośrednio nad zamkiem, zapiał kur, czart utracił swą moc i kamień runął na budowlę. Znajduje się tam do dziś.
Istnieje kilka wersji legendy o rycerzu Mruku. Przybliżmy sobie zatem choć jeszcze jedną. Właściciel zamku był panem całego Podkarpacia. Pewnego razu, jadąc przez las został napadnięty przez zbójców i zabity. Następnie jego mordercy udali się na zamek i obrabowali go. Nie dostali się jednak do lochów, gdzie zgromadzonych było najwięcej skarbów. Kiedy zamek zapadł się pod ziemię, zabrał je ze sobą.
Wymienione legendy naturalnie nie wyczerpują wszystkich mniej lub bardziej znanych na naszym terenie podań. Jednakże choćby już te zmuszają do samodzielnej refleksji nad ich swoistym pięknem oraz poszukiwań innych, tych najbardziej zapomnianych, a żyjących w pamięci najstarszych mieszkańcach regionu.
Literatura: